Tanie (?) to podróżowanie na mecze, Mecz Gwiazd w Toruniu w ramach Plaży Gotyku.

Od 7 lat w Toruniu, organizowana jest impreza pod nazwą "Plaża Gotyku". Oprócz spotkań, które rozgrywają amatorzy i zawodowcy, na stałe zapisał się w kalendarzu MECZ GWIAZD.
W tym roku organizatorzy zaprosili dwóch Mistrzów Świata z 2014 roku, a mianowicie Krzysztofa "Igłę" Ignaczaka i Pawła "Gumę" Zagumnego. Niestety najlepszego rozgrywającego na świecie nie mogliśmy długo obserwować na boisku, ponieważ był on trenerem jednego z zespołów. Oprócz Igły i Gumy, na plaży w Toruniu zameldowali się Marcin Waliński, Kamil Droszyński, Dominik Witczak i Edward Skorek (był on trenerem drugiej pary).
Zawodnicy zagrali w parach Igła-Witczak i Waliński-Droszyński co z biegiem czasu się zmieniało.

Prawdziwą gratką dla kibiców była możliwość zagrania ze swoim ulubionym zawodnikiem za symboliczne "20zł".
Oprócz tego kibice mogli zakupić mini piłki do siatkówki i odzież sportową oraz złoty medal za Mistrzostwo Polski Dominika Witczaka, który zdobył w nieco nietypowy sposób.
Ponieważ rozgrywki PlusLigi rozpoczynał jako zawodnik Zaksy, a kończył jako siatkarz Resovii (został wypożyczony z Zaksy do Resovii).
Jak wiemy to te dwa zespoły zmierzyły się ze sobą w walce o złoty medal Plus Ligi. W ten sposób Dominik "wygrał" oba medale.
Pieniądze zebrane w akcji powędrowały dla chorego Jasia Oczkowskiego.
Podczas meczu nie zabrakło zabawnych sytuacji; Marcin Waliński tańczył na boisku, Igła był „reanimowany”, a Guma został zasypany na gnieździe sędziowskim. Pogoda dopisała i wszyscy kibice mogli być usatysfakcjonowani. Po meczu siatkarze rozdawali autografy i pozowali do zdjęć czego są dowodem selfi jakie widzicie w tym poście.
Jeśli nie obserwujecie nas na "snapczacie" krótkie snapy z tego wydarzenia są już umieszczone na naszym Fanpage, znajdziecie tam również obszerną fotorelacje.
Koszt wyjazdu to TYLKO 51 zł (PolskiBus), a wrażenia niezapomniane.
Wstęp na mecz był darmowy.
Pozdrawiam.
Roja



 


Tanie (?) to podróżowanie na mecze, Turniej kwalifikacyjny do IO w Rio de Janerio piłkarzy ręcznych.

Jak zapewne wiecie, w ubiegły weekend  gdańskiej Ergo Arenie odbył się Turniej kwalifikacyjny do IO w Rio de Janerio w piłce ręcznej, nas tam oczywiście nie mogło zabraknąć, także razem z Roja 10 kwietnia wybrałyśmy się w podróż do Gdańska. Jakiś czas temu na naszym blogu pojawił się cykl postów Tanie to podróżowanie na mecze..., z  tego powodu nie mogło również zabraknąć postu podsumowującego wyjazd do Gdańska  na mecz piłkarzy ręcznych.



Zanim jednak podsumuję podróż do Gdańska, muszę powiedzieć, że pierwszy raz byłam na meczu piłkarzy ręcznych, i jest to zupełnie inne przeżycie niż mecz siatkówki, masz wrażenie, że jesteś bliżej boiska. Wrażenia są zupełnie inne niż te, gdy ogląda się mecz w telewizji, także zachęcam Was bardzo serdecznie, wybierzcie się choć raz na mecz naszych szczypiornistów. Ja byłam pierwszy raz, ale mam nadzieję, że nie ostatni. 

Bilety do  kupienia pojawiły się już w marcu, jak to zwykle u nas zwykle  bywa, bilety na mecz zostały zakupione spontanicznie. Do wyboru było kilka kategorii cenowych (59 zł, 79 zł, 99 zł), my zdecydowałyśmy się na bilety za 59 zł, które można było kupić, ale miejsca były całkiem spoko, blisko boiska, tuż za bramką.





Jak już miałyśmy bilety na mecz, trzeba było jeszcze czymś dojechać do Gdańska, tym razem Was zaskoczymy. Do Gdańska zdecydowałyśmy się jechać Polskim Busem, a nie jak zwykle pociągiem. Za bilety w obie strony zapłaciłyśmy 44 zł wliczając w to opłatę rezerwacyjną. Po Gdańsku podróżowałyśmy komunikacją miejską, która nas zaskoczyła. Z oferty biletów zniknęły bilety czasowe, które zostały zastąpione przez bilety jednorazowe ważne na jeden przejazd. 





Naszym zwyczajem nie mogło nas zabraknąć w Sopocie, z gdańskiej plaży udałyśmy się spacerkiem do Sopotu,gdzie odwiedziłyśmy molo i zjadłyśmy obiad, a potem SKM z Sopotu do Gdańska na mecz, również w drodze powrotnej z meczu postawiłyśmy na SKM.  



Cena z ulgą
Cena bez ulgi
Bilet na mecz
59
59
Bilety na Polskiego Busa
44,00
44,00
Komunikacja miejska
3,00
4,50
Bilety SKM
3,50
7,00
Inne
30,00
30,00
Suma
140
145


Podsumowując nasz jednio dniowy wyjazd do Gdańska na mecz piłkarzy ręcznych kosztował nas ok. 145 zł, sami zdecydujcie czy to dużo czy mało. A Was ile wydajecie na podróże?

Pozdrawiam,
Mili


Zwyciężać mogą Ci, którzy wierzą, że mogą, ale człowiek posiada naprawdę tylko to, co jest w nim...

26 lutego 2016 roku swoją premierę miał film "110%" w reżyserii Agnieszki Goli - Rakowskiej. W filmie opowiedziane są historie znanych sportowców, którzy w ostatnim czasie odnieśli sukcesy w swoich dyscyplinach, możemy posłuchać jak o zawodowym sporcie opowiadają Andrzej Wrona, Maja Włoszczowska, Adam Małysz, Robert Lewandowski, Anita Włodarczyk, Tomasz Majewski, Rafał Sonik, Natalia Partyka, Zbigniew Bródka,  Zofia Notecka - Klepacka, Rafał Majka, Katarzyna Rogowiec, Karol Bielecki, Bartłomiej Bonk oraz Mateusz Kusznierewicz. 


http://1.fwcdn.pl/po/83/39/758339/7724742.3.jpg
Źródło: http://1.fwcdn.pl/po/83/39/758339/7724742.3.jpg

Każdy z nich opowiada o determinacji, woli walki i wyrzeczeniach oraz poświęceniach. Opowiadają o drodze, którą musieli pokonać, aby być tu gdzie są teraz. Nierzadko ludzie nie dawali im szans na sukces, jak choćby w przypadek Natalii Partyki, która mimo swojej niepełnosprawności świetnie sobie radzi rywalizując z osobami w pełni sprawnymi w tenisie stołowym. Każdy z tej piętnastki, która wystąpiła w filmie nie poddał się w najgorszych chwilach swojego życia, kiedy pojawiały się kontuzje i inne przeciwności losu, oni dalej walczyli o odzyskanie formy, bo sport był ich największą pasją, bez której nie wyobrażali sobie życia, pasji która doprowadziła ich do medali MŚ, IO, ME czy wygranej w najtrudniejszym rajdzie świata.


Jak już wspomniała Roja w poprzednim poście zapowiadającym premierę filmu, czołówka polskiego sportu wyczynowego opowiada o drodze jaką musieli pokonać, aby poznać smak zwycięstwa. Oglądając ich zmagania przed telewizorem nierzadko płakałam ze szczęścia, podziwiając Adama Małysza, kiedy razem z całą rodziną zasiadaliśmy przed telewizorem oglądając skoki , Andrzeja Wronę, kiedy siatkarze zdobywali złoty medal MŚ, czy Tomasza Majewskiego, który udowodnił, że tak niewiele potrzeba do osiągnięcia sukcesu, czasem wystarczy tylko kilka centymetrów.


Film sprawia, że jesteśmy jeszcze bliżej swoich idoli, widzimy jaki ogrom pracy musieli włożyć, aby pokonać nie tylko innych, ale przede wszystkim swoje słabości. Z zaciekawieniem słuchałam Rafała Sonika, które opowiada o stawianiu sobie malutkich celów, aby na końcu tej podróży osiągnąć ten największy, o Karolu Bileckim, który mimo utraty jednego oka dalej gra, nie poddał się, wyszedł z tego jeszcze silniejszy.


Chwilami miałam wrażenie, że reżyserka filmu zrobiła z występujących w nim sportowców nieśmiertelnych bohaterów, których nic nie jest wstanie złamać, nawet najstraszniejsza kontuzja, oni powstają jeszcze silniejsi. A przecież tak naprawdę to ludzie tacy sami jak my, choć może nie do końca, tacy sami, oni mają determinację, której nam "zwykłym" ludziom brakuje, aby stawić czoła problemom dnia codziennego. 


Polecam film wszystkim kibicom, którzy chcą bliżej poznać swoich idoli, ale także wszystkim, którzy lubią kino dokumentalne. Zapraszam do kin, i życzę miłego seansu, bawcie się tak dobrze jak ja w kinie.

Pozdrawiam,
Mili 

P.S. Przepraszam, że tak długo mnie nie było, ale praca magisterska sama nie chciała się napisać :)


Spotkanie autorskie z Thomasem Morgensternem.


Jakiś czas temu na rynku polskim pojawiła się książka dobrze nam znanego skoczka narciarskiego - Thomasa Morgensterna, który po fatalnym upadku na Kulm zdecydował się zakończyć karierę.
W Polsce odbyły się dwa spotkania autorskie - w Warszawie i Zakopanem. Ja zdecydowałam się pojechać do warszawskiego empiku, gdzie w miniony piątek pojawił się Morgi. Ilość ludzi jaka zjawiła się w warszawskim juniorze była ogromna. Organizatorzy doliczyli się prawie tysiąca osób. Mina Thomasa gdy zobaczył ten tłum była nie do opisania. Pan który prowadził owe spotkanie zadał 3-4 pytania Morgiemu (nagrałyśmy tę rozmowę kalkulatorem) i przeszliśmy do następnej części spotkania czyli autografów. Organizatorzy usilnie prosili by nie robić "selfie" ani nie prosić o dedykacje by wszyscy mogli zdążyć w kolejce po autograf, ale jak to "polska" mentalność, ludzie którzy mieli już autograf swobodnie robili zdjęcia i rozmawiali z Morgim. Żałuję, że tego sama nie zrobiłam, ale ja po prostu wiem że to nie jest ostatnie moje spotkanie z Thomasem.

Polska okładka książki
autograf Thomasa
Dodatkowy prezent od Morgiego




Przechodząc do książki, wszystko w niej jest tak zobrazowane, że na samym początku ma się wrażenie, że siedzi się przy szpitalnym łóżku Thomasa i obserwujemy wszystko z boku. Jest się świadkiem całej tej walki o powrót by wziąć udział w IO w Soczi. Wielka determinacja, wola walki i chęć spełnienia marzeń jest wyczuwalna w każdym działaniu Thomasa, które opisuje w : "Mojej walce o każdy metr". Morgi tłumaczy również swoje decyzje odnośnie życia prywatnego, opisuje relacje z Gregorem Schlierenzauerem jak i byłym już trenerem austriackiego teamu Alexandrem Pointnerem... Jeśli chcecie wiedzieć więcej to zapraszam do lektury, bo to wspaniała historia człowieka, który nie poddał się w walce o swoje marzenie. Zmagając się ze swoimi "demonami" pokazał nam, że tylko - choć to banał - ciężką pracą i determinacją, możemy sięgać wyżej.
Z tego miejsca bardzo dziękuje Thomasowi Morgensternowi za to, że otworzył swoje serce i opowiedział o tym co czuł, bym mogła go lepiej "poznać".

Ps. Obszerną rozmowę z Thomasem możecie zobaczyć tutaj , przeprowadzoną podczas zakopiańskiego spotkania. A po więcej zdjęć z warszawskiego spotkania zapraszam tutaj.


Pozdrawiam,
Roja

Film buduje się z wielu maleńkich kawałków, bardzo ostrożnie, aby nie zburzyć delikatnej struktury.

Nie wiem jak Wy, ale ja lubię oglądać filmy o tematyce sportowej. Jak wiecie w tamtym roku udało nam się obejrzeć "Drużynę", film o polskich siatkarzach i ich katorżniczej pracy by osiągnąć cele jakie sobie stawiają.
 

Już niebawem, bo 26 lutego 2016 roku do polskich kin zawita nowy film. Film - "110%". Reżyserii  Agnieszki Goli Rakowskiej.
Opowiadający historię czołówki polskich sportowców, którzy zdobywali medale na największych imprezach sportowych na świecie. Wzruszali nas i uszczęśliwiali na przestrzeni wielu lat. Bez nich historia polskiego sportu byłaby o wiele uboższa. Emocje jakich nam dostarczali są nie do opisania. Tym razem pokazują nam drugą stronę medalu.

           Bo za każdym sukcesem kryje się ogrom pracy, masa poświęceń i nadludzki wysiłek. Jak wiemy do tego wszystkiego potrzebne jest jedno, ogromna miłość do tego co się robi. Pasja, która za wszelką cenę każe Ci iść dalej. I tu nie chodzi tylko o medale, o tym żeby pisali o tobie w każdej możliwej gazecie. Tu chodzi o to by przesunąć swój horyzont. Przesunąć granice własnych słabości. By pokonać przeciwnika ale również samego siebie.
„110%” - to historia o marzeniach, pasji, ogromnej odwadze i smaku zwycięstw. Zobaczymy kulisy sportu wyczynowego oczami takich sportowców jak: Rafał Sonik, Adam Małysz, Zofia Noceti-Klepacka, Karol Bielecki, Bartłomiej Bonk, Zbigniew Bródka, Rafał Majka, Anita Włodarczyk, Tomasz Majewski, Katarzyna Rogowiec, Natalia Partyka, Maja Włoszczowska, Andrzej Wrona, Mateusz Kusznierewicz oraz Robert Lewandowski. Ludzi, którzy w naszych oczach są często bohaterami. Żywymi legendami, choć to stwierdzenie dla wielu z Was może nie pasować do wszystkich tych sportowców.
Dowiemy się jak przeżywają swoje zwycięstwa ale również jak radzą sobie z ciężarem samotnych porażek. Czy kibice zawsze pomagają , czy potrafią hejtować swoich bohaterów? Kim są i co czyni ich innymi od reszty? Czym właściwie jest dla nich Orzeł na piersi i jaką cenę muszą zapłacić za zwycięstwo?
Zapowiada się niezwykły film.
Już dziś serdecznie zapraszamy do kin. Zapiszcie sobie! 26 lutego!!!



Pozdrawiam.
Kinomaniaczka
Roja
Ps. Zwiastuny możecie oglądać tutaj. A wszelkich informacji szukajcie na FanPage filmu tutaj.
Na pewno gdy uda nam się obejrzeć film poznacie naszą opinie na jego temat.


Wszystkie nasze marzenia mają szanse się spełnić, jeśli mamy odwagę je realizować

         Dziś mamy 21 września, dokładnie 12 miesięcy, 365 dni, 8 760 godzin, 525 600 minut, 31 536 000 sekund… tyle czasu upłynęło od chwili, kiedy w Katowickim Spodku zabrzmiał ostatni gwizdek sędziego kończący finałowy mecz Mistrzostw Świat w siatkówce.  W wielkim finale reprezentacja Polski pokonała Brazylię i w ten sposób zdobyła drugi w historii tytuł Mistrza Świata, 40 lat po tym jak pod wodzą Huberta Jerzego Wagnera Polacy po raz pierwszy sięgnęli po ten tytuł.
         To miały być wyjątkowe mistrzostwa, nie tylko pod względem organizacyjnym, ale również sportowym. Już sam mecz otwarcia przeszedł do historii, mecz Polska – Serbia na Stadionie Narodowym obejrzało ponad 62 tyś. kibiców. Pierwszy raz miałam przyjemność obejrzeć coś tak wspaniałego. Będąc już na stadionie miało się wrażenie, że jest się na hali, człowiek w ogóle nie miał wrażenia, że to stadion. A potem moment, na który czekali wszyscy kibice zgromadzeni na Stadionie Narodowym, 62 tyś. ludzi odśpiewało a capella Mazurka Dąbrowskiego, ciarki same pojawiały się na plecach, to było wspaniałe. Uważam, że każdy powinien, choć raz w życiu przeżyć coś takiego.
       Z Warszawy Polacy przenieśli się do Wrocławia, gdzie rozegrali pierwszą fazę turnieju, w której zmierzyli się z Argentyną, Wenezuelą, Australią oraz Kamerunem. Tym ostatnim udało się nawet ugrać z Polakami seta, za co ich trener obiecał im … piwo.  Mecze Polaków w tej fazie turnieju mecze miałyśmy przyjemność oglądać w loży VIP, we własnym mieszkaniu przed telewizorem. Reprezentacja Polski razem z Argentyną, Serbią, Australią awansowała do kolejnej fazy, w której Polacy swoje mecze rozgrywali w Łodzi. Tym razem nie mogło nas zbraknąć na trybunach Atlas Areny.
           Razem z Roja na Atlas Arenę zawitałyśmy dopiero 13 września, na meczu Polska – Iran, który Polacy wygrali po niesamowitej walce okupionej kontuzją naszego kapitana, Michała Winiarskiego. To był niesamowity mecz, Polacy prowadzili już 2:0 w setach, żeby przegrać kolejne dwa. Siedząc na trybunach hali denerwowałam się tak jakbym to ja była na boisku. Takich emocji jak w piątym secie dawno nie przeżyłam, po dreszczowcu nasi siatkarze pokonali Iran, a ja cieszyłam się razem z nimi.

              Kolejnego dnia Polacy zmierzyli się z reprezentacją Francji, to musiał być szczególny mecz dla pary naszych trenerów, grać przeciwko swoim rodakom. Już chwilę przed tym meczem obie drużyny wiedziały, że mają zapewniony awans do kolejnej fazy turnieju, więc grały już tylko o pierwsze miejsce w grupie, które wywalczyła Francji, mimo naszej wygranej. 

        Chwilę po zakończeniu spotkania odbyło się losowanie grup trzeciej fazy turnieju.  Jeśli ktoś myślał, że będzie teraz łatwiej, to się pomylił, Polska znalazła się w grupie razem z Brazylią i Rosją. Do awansu do półfinału wystarczyło TYLKO pokonać aktualnego wówczas Mistrza Świata i Mistrza Olimpijskiego, niewykonane, nasi siatkarze chyba wykreślili to słowo ze swojego słownika. Mecz Polska – Brazylia oglądałam w domu, stresując się podwójnie, zacinającą się transmisję i grą Polaków, niepotrzebnie, mecz Polska – Brazylia zakończył się wygraną naszych siatkarzy. Kolejne stracie, to była nie tylko walka na boisku, ale także po za nim. Ten mecz oglądałam już na Atlas Arenie. Najgłośniej wygwizdany hymn, najgłośniejsi kibice na świecie, najmniej lubiana reprezentacja, takimi słowami można opisać ten mecz. To była niesamowita walka, dwa wygrane sety dawały nam awans. Po 30 minutach to nasi siatkarze cieszyli się z awansu do najlepszej czwórki turnieju, a cała hala odśpiewała im głośne dziękujemy.

        Po Łodzi przyszła kolej na mekkę polskiej siatkówki, Katowicki Spodek. Półfinał z Niemcami miał być tylko przystawką przed daniem głównym, bowiem nikt nie dopuszczał do siebie myśli, że reprezentacja Polski nie awansuje do wielkiego finału. Po emocjonującej walce, to nasi siatkarze cieszyli się z awansu do finału, a tam czekała już wielka Brazylia.
     21 września, ten dzień zapisał się złotymi zgłoskami w historii polskiej siatkówki. Pierwszy set przypominał finał sprzed ośmiu lat, kiedy to Polacy pod wodzą Raula Lozano przegrali finałowe stracie z wielką Brazylią Bernardo Rezende.  To był najlepszy okres brazylijskiej siatkówki.  Osiem lat później to my możemy się cieszyć ze złotego medalu Mistrzostw Świata wywalczonego na polskiej ziemi.

Pozdrawiam,
Mili

Wielkie korporacje czy mniejsze manufaktury - idealny pomysł na produkt, który każdy chce mieć

                 W znacznej mierze do pisania kolejnych postów inspiruje nas życie i inni ludzie oraz historię związane z meczami. Patrząc na pracę innych staramy się jak najwięcej nauczyć. Podziwiamy ludzką determinacje i dążenie do celu. Dziś rozpoczynamy  cykl "Wielkie korporacje czy mniejsze manufaktury - idealny pomysł na produkt, który każdy chce mieć". Będzie on dotyczył produktów związanych ze sportem, a oferowanych przez małe "przedsiębiorstwa".
                 Mam nadzieję że przed nami i Wami, wiele ciekawych rozmów i artykułów, które napiszemy z przyjemnością. Bo poznawanie  nowych ludzi jest jak podróż, która nigdy się nie kończy. Na pierwszy ogień, czeka Was rozmowa z Karoliną - założycielką Go Hard or Go Home, jeśli jeszcze nie widziałyście produktów tej marki to zapraszamy do lektury.



1. Skąd pomysł na nazwę „Go hard or go home”? Kto lub co było inspiracją?

Inspiracją było – samo życie... Krótko i na temat?  Całe życie sport był mi bardzo bliski, nie raz dostawałam w tyłek na boisku, wybijałam palce, grałam z chłopakami bo tak – moim zdaniem- ma się silnego przeciwnika i trzeba włożyć więcej wysiłku w to co się robi...Wtedy po latach największa nagroda? Wygrywać z facetami i widzieć jak ich to denerwuje.
Albo jesteś silna, zagryzasz zęby  i walczysz albo wracaj sobie do domu i płacz do poduszki.

Również nazwa firmy odnosi się do tego co przeżył mój brat (często robi projekty napisów dla nas) – w wieku 18 lat zaczął grać w Resovii, bardzo ciężki treningi, mecze,wyjazdy, studia prawnicze... To co on miał na barkach to jest naprawdę coś ciężkiego a zarazem uczyło życia. Jako jedyny siatkarz Resovii ukończył z resztą studia prawnicze co wymagało przeogromnego wysiłku z jego strony.
W 2008 roku w barwach Resovii zajął 4. miejsce w turnieju Final Four Challenge Cup. W tym samym roku został powołany do kadry B Reprezentacji Polski oraz potem w 2009 . W sezonie 2008/2009 został srebrnym a w 2009/2010 brązowym medalistą mistrzostw Polski.
 
2. Jak powstają Wasze produkty? Jest to pomysł po burzy mózgów czy każdy z pracowników może zrealizować swoje projekty, czy też ściśle trzymacie się pomysłu klientów?

Czasami coś co mi "urywa pupę" innym się nie podoba (patrz koleżanki z ekipy, szefowi albo nasi fani i fanki). Innym razem totalnie zwariowany projekt i jak ja to mawiam " im bardziej pokręcony" tym lepszy :) - okazuje się strzałem w 10tkę!
Pomysły klientów – co do tego zawsze staramy się mieć w głowie od razu wizję i jeżeli są to nasi stali klienci to oni nam od razu ufają – każą robić " po naszemu" i zazwyczaj zawsze jest  niespodzianka i radocha bo do końca nie wiedzą jak to wyjdzie. Potem jak piszą: "Jest lepiej niż sobie wyobrażałam" – My mówimy : "Yeep, punkt dla nas :)"
Ja kocham sobie robić napisy takie życiowe – mobilizujące. Ostatnio nawet na etui od komórki sobie zrobiłam :D ale to już jest zboczenie zawodowe :))  Reszta z ekipy lubi takie wredne napisy o tematyce złośliwej :) Jest takie przysłowie: "Szewc w dziurawych butach chodzi" – ale ono nas nie dotyczy :) Nawet nasze dzieciaki mają w szafach swoje własne projekty – bardziej lub mniej mądre – ale to był ich wybór i my to szanujemy  :)

3. Skąd wziął się pomysł by to klienci wymyślali hasła na bluzy/bluzki itp.? Czy uważa Pani że personalizowanie odzieży czy też biżuterii jest symbolem ucieczki przed masówką?
Chęcią indywidualizmu, nie bycia kolejną kopią z sieciówki?

Jesteśmy bardzo nieliczną  firmą, która sama robi napisy, nie posługuje się drukarniami albo innymi takimi instytucjami. Robimy napisy nie sitodrukiem a folią flex . To kolejny plus dla nas.
Pomysł na to żeby każdy sobie mógł sam decydować co chce mieć na swoim ciuchu wziął się ... również z życia. Będąc osobą, która zawsze chciała mieć coś innego, nie znosiłam jak pół szkoły latało w tym samym co ja. Zawsze musiałam kombinować, szukać czegoś niepowtarzalnego na internecie, po szmateksach czy w Lublinie, gdzie na wakacje zawsze zabierała nas mama. W odwiedziny do rodziny... a kończyło się siedzeniem na boiskach i lataniem po sklepach a nie z dziadkami :) Ale oni to rozumieli i to jest piękne :)
Nasza firma chce zrozumieć klienta i dlatego daje mu pole do popisu. Może wybierać z naszych projektów albo sam coś zmajstrować i nam to opisać, namalować a my już zajmiemy się resztą :)
Jesteśmy ludźmi. Tyle tylko, że każdy tak naprawdę ma swój rozum, lubi coś innego i to środowisko w jakim żyjemy i przebywamy ma na nas największy wpływ. Są ludzie którzy nie mają potrzeby wyrażania się poprzez ubrania, to zazwyczaj właśnie klienci sieciówek.
Są też tacy, którzy – tak jak ja będą czekać na sweter (z ogromnym królikiem Bugs'em) 2 miesiące zanim z Chin mi przypłynie. I nie chodzi o to, że z Chin a o to, że gdzieś go zobaczyłam i zagnieździł mi się w głowie do tego stopnia, że po prostu MUST HAVE.
Ludzie, którzy mają odrobinę kreatywności we krwi chcą kreować swój wizerunek przez ciuchy.
Ubrania- takie zwykłe rzeczy a zarazem niezwykłe. Czasami od jednego głupiego t-shirtu zaczyna się nowa znajomość... ostatnio na spotted czytałam post: Szukam chłopaka w tej koszulce, było dodane foto a na nim od tyłu facet w koszulce z napisem JEZUS i numer 33.
Padłam :D

4. Jak Pani myśli, dlaczego duża część produktów jest o tematyce sportowej?

Bo kochamy sport, staramy się zrozumieć ludzi , którzy też to kochają. I to jest piękne. Tylko z miłości rodzą się piękne rzeczy... tak jak i najlepsze projekty napisów :)

5.  Jaki zrobiliście najbardziej „odjechany” projekt który sprawił Wam najwięcej radości?


Hahaha. Odjechany? Sporo tego. Ale numer 1 to chyba napis na buzie dla diakona: Bóg jest ze mną....
a pod szyją majstrowałyśmy na bluzie coś a'la koloratka :D Wyszło miodzio :)
A co sprawiło najwięcej radości  - to naprawdę każde foto od klientek, każda wiadomość, że są zadowolone no i ... Siatkarze z reprezentacji, którzy nie raz mówili , że podobają się im nasze projekty :) Również piłkarz - Karol Linietty z Lecha Poznań latający w naszych bluzach :D
W Telewizji jak mecze oglądamy i jak widzimy klientki w naszych ciuchach – pach jedną – dwie – trzy – ooo patrz kolejna :D i tak wyliczamy :) Czasami to jest przyjemniejsze niż samo oglądanie siatki :D



6. Co było dla Pani największym sukcesem?

Aż się łezka w oku kręci bo to ciężkie pytanie... Chyba to, że robię w życiu to co sprawia mi frajdę i jest równocześnie moją pracą :)

7. Na Waszym profilu facebookowym  „Go hard or go home” możemy znaleźć mnóstwo konkursów, czy to jeden z filarów reklamy Waszych produktów?

Konkursy są na prawdę często. Robimy je dobrowolnie, mając w głowie słowa: "karma wraca" ... patrząc na to, że przez ponad 2 lata zebrałyśmy ponad 40 tysięcy realnych, prawdziwych ludzi u nas na profilu – wydaje mi się, że to jest właśnie dzięki tym konkursom oraz temu, że w pewnym sensie ludziom się chyba ( oby:) ) mam nadzieję, podoba to co robimy.

8. Co jest dla Was najbardziej satysfakcjonujące w pracy i tworzeniu nieszablonowych projektów?

Że klientka, która chce np: coś osobistego mieć na bluzie albo motto życiowe – za każdym razem jak ubierze tą bluzę i popatrzy na to, to w głowie zadzwoni dzwoneczek i albo przypomni sobie z czym jest związany ten napis albo zaciśnie zęby i będzie dawać z siebie wszystko ( bo taką rolę mają motywujące hasła:)
A jeżeli ktoś jej powie, że ma godną bluzę to kolejny punkt niepisany dla nas :)

9. Jakie macie plany na przyszłość? Może nowe produkty? Skarpetki?

Plany...Wariaty nie planują :) ... Trzeba czasami być wariatem,  płynąć pod prąd a nie z nim, robić coś co inni uważają za szaleństwo – wierząc że robi się dobrze. Z czasem utwierdzasz się w przekonaniu, że droga jaką wybrałaś jest słuszna.

Nie lubimy planów bo wolimy spontany, czasami mamy tak, że coś jest zaplanowane a okazuje się,ze ta robi to... tamta się wzięła za projektowanie czegoś innego a tu jest pińcet rzeczy ważniejszych ale, że akurat ma się umysł taki jak reaktor, że się nie da go uspokoić tylko zawsze kilka procesorów działa to najlepiej jest pobuforować ( jak to mówimy).
I to jest tutaj najważniejsze.
Bardzo, bardzo dziękujemy założycielce Go hard or go home za współpracę w I odcinku cyklu. Dla nas to była prawdziwa przyjemność i debiut w prowadzeniu rozmowy/wywiadu na odległość.
Oceńcie sami. Zapraszamy do komentowania.
A Wy posiadacie produkty Go Hard or Go Home? Galerie produktów znajdziecie na fejsbukowym profilu tutaj. Wszystkie ceny znajdziecie tutaj
Go hard or go home organizuje konkursy w których można wygrać firmowe produkty. Odzież jest personalizowana, jeśli macie pomysly na bluze/bluzke itp napiszcie do Go hard or go Home, na pewno zrealizują Wasze marzenia.
Dziękuje bardzo właścicielce galerii artystycznej przy ulicy Tuwima 31 w Łodzi, która pozwoliła nam zrobić zdjęcia na terenie galerii.



Post nie jest w żaden sposób sponsorowany.
Pozdrawiamy
Mili & Roja